Gliwice  /  Ulicznicy 2025: festiwal pełen premier, zaufania i ulicy na scenie
autor : M. Buksa / Company Mignight
06.08.2025 • 4348 wyświetleń

Ulicznicy 2025: festiwal pełen premier, zaufania i ulicy na scenie

Zakończyła się kolejna edycja Festiwalu Uliczników - święta sztuki, które od niemal dwóch dekad wypełnia gliwickie ulice teatrem, ruchem, absurdem, wzruszeniem i radością z nieoczywistości. Po raz ostatni w tym roku Dyrekcja, czyli Piotr Chlipalski, dzieli się refleksją z Redaktorą Małgorzatą Lichecką. To rozmowa o tym, co było, co udało się spełnić - i o tym, co (jeszcze) czeka w szufladzie.

Najlepsze w Ulicznikach jest to, że wciąż są

Jak mówi Piotr Chlipalski, największą wartością festiwalu jest… jego ciągłość. Po prawie 20 latach Ulicznicy wciąż istnieją i wciąż mogą „dowozić okruchy szaleństwa”, które publiczność z niezmiennym entuzjazmem przyjmuje. W tym roku program był gęsty od premier i prapremier, co - jak zauważa Dyrekcja - dodaje wydarzeniu wyjątkowości. Bo choć wiele osób lubi to, co już zna, Ulicznicy proponują coś odwrotnego: nieznane, nowe, czasem ryzykowne.

Tym bardziej porusza zaufanie widzów, którzy są gotowi poświęcić swój czas i energię na wieczór z zespołem, o którym nie słyszeli nigdy wcześniej. To akt wiary - że będzie warto. I, jak się okazuje, najczęściej jest warto.

Objazdowy kolekcjoner motyli i teatr dla Małych Ludzi

Chlipalski porównuje rolę Dyrekcji do objazdowego kolekcjonera motyli: prezentuje rzeczy piękne, ale często trudno dostępne, niszowe, zagraniczne, niezależne. To on przeczesuje katalogi, jeździ, ogląda, wybiera. A potem Gliwice dostają spektakl, który być może nigdy nie pojawiłby się w Polsce, gdyby nie ten festiwal.

W tym roku szczególne miejsce zajęły teatry dla dzieci. Wśród nich wyróżnił się spektakl „Fiammiferi” - widowisko plenerowe, które poszerza granice teatru dziecięcego. Pokazano go z drobnym opóźnieniem (pogoda), ale w sposób, który - jak mówi Dyrekcja - rozwija apetyt na jeszcze bardziej szalone pomysły.

Teatr uliczny w Ruinach Teatru - czyli scena pod gołym niebem i nie tylko

W tym roku część wydarzeń odbyła się w Ruinach Teatru Victoria, które pełniły funkcję namiotu cyrkowego - dającego dach i klimat. I choć część widowisk „przeniesiono” tam z konieczności pogodowej (np. „Barada Street”), inne - jak „Tridiculous” czy „Company Midnight” - zyskały dzięki tej przestrzeni. Chlipalski zauważa ciekawą zależność: spektakle sceniczne rzadko dobrze funkcjonują na ulicy, ale odwrotnie - gdy „wpakujesz ulicę na scenę” - to prawie zawsze działa. I w tym roku właśnie to się wydarzyło - z korzyścią dla twórców i publiczności.

Ambicje Dyrekcji i codzienne cuda organizacyjne

Jak co roku, Dyrekcja pracowała z tzw. Wielką Listą Rzeczy Pięknych. Udało się przywieźć tych artystów, którzy mogli i chcieli wystąpić właśnie teraz, właśnie w Gliwicach. Organizacyjnie to nie lada wyzwanie: nakarmić, napoić, zapewnić nocleg, przygotować przestrzeń i stworzyć warunki, w których artyści będą mogli zagrać najlepiej, jak potrafią. Tym razem, jak zwykle, się udało. Choć, jak dodaje Chlipalski, wielu wymarzonych twórców musiało odmówić - bo w tym samym czasie grali swoje Piękno gdzie indziej. Może za rok?

Życzenie Dyrekcji: pokazać TAAAKIE rzeczy

Na zakończenie pada pytanie o życzenie. Chlipalski nie kryje, że największym marzeniem organizatorów byłoby planowanie z większym wyprzedzeniem niż tylko rok do przodu. Gdyby istniała taka możliwość - Ulicznicy pokazaliby jeszcze więcej, jeszcze bardziej zaskakująco, jeszcze piękniej.

A dla publiczności? Proste i szczere życzenie: aby gdzieś tam, kiedyś tam, zamykając oczy, przypomnieli sobie jakiś moment z tej edycji festiwalu. Taki, który wywoła uśmiech. Bo to właśnie dla tych chwil powstaje to całe szaleństwo.

Dyrekcja kłania się nisko. Dziękuje.

Komentarze (0)

Brak komentarzy. Bądź pierwszy.

Napisz komentarz

Bez logowania - wystarczy podpis i treść.