Ulicznicy 2025: festiwal pełen premier, zaufania i ulicy na scenie
Zakończyła się kolejna edycja Festiwalu Uliczników - święta sztuki, które od niemal dwóch dekad wypełnia gliwickie ulice teatrem, ruchem, absurdem, wzruszeniem i radością z nieoczywistości. Po raz ostatni w tym roku Dyrekcja, czyli Piotr Chlipalski, dzieli się refleksją z Redaktorą Małgorzatą Lichecką. To rozmowa o tym, co było, co udało się spełnić - i o tym, co (jeszcze) czeka w szufladzie.
Najlepsze w Ulicznikach jest to, że wciąż są
Jak mówi Piotr Chlipalski, największą wartością festiwalu jest… jego ciągłość. Po prawie 20 latach Ulicznicy wciąż istnieją i wciąż mogą „dowozić okruchy szaleństwa”, które publiczność z niezmiennym entuzjazmem przyjmuje. W tym roku program był gęsty od premier i prapremier, co - jak zauważa Dyrekcja - dodaje wydarzeniu wyjątkowości. Bo choć wiele osób lubi to, co już zna, Ulicznicy proponują coś odwrotnego: nieznane, nowe, czasem ryzykowne.
Tym bardziej porusza zaufanie widzów, którzy są gotowi poświęcić swój czas i energię na wieczór z zespołem, o którym nie słyszeli nigdy wcześniej. To akt wiary - że będzie warto. I, jak się okazuje, najczęściej jest warto.
Objazdowy kolekcjoner motyli i teatr dla Małych Ludzi
Chlipalski porównuje rolę Dyrekcji do objazdowego kolekcjonera motyli: prezentuje rzeczy piękne, ale często trudno dostępne, niszowe, zagraniczne, niezależne. To on przeczesuje katalogi, jeździ, ogląda, wybiera. A potem Gliwice dostają spektakl, który być może nigdy nie pojawiłby się w Polsce, gdyby nie ten festiwal.
W tym roku szczególne miejsce zajęły teatry dla dzieci. Wśród nich wyróżnił się spektakl „Fiammiferi” - widowisko plenerowe, które poszerza granice teatru dziecięcego. Pokazano go z drobnym opóźnieniem (pogoda), ale w sposób, który - jak mówi Dyrekcja - rozwija apetyt na jeszcze bardziej szalone pomysły.
Teatr uliczny w Ruinach Teatru - czyli scena pod gołym niebem i nie tylko
W tym roku część wydarzeń odbyła się w Ruinach Teatru Victoria, które pełniły funkcję namiotu cyrkowego - dającego dach i klimat. I choć część widowisk „przeniesiono” tam z konieczności pogodowej (np. „Barada Street”), inne - jak „Tridiculous” czy „Company Midnight” - zyskały dzięki tej przestrzeni. Chlipalski zauważa ciekawą zależność: spektakle sceniczne rzadko dobrze funkcjonują na ulicy, ale odwrotnie - gdy „wpakujesz ulicę na scenę” - to prawie zawsze działa. I w tym roku właśnie to się wydarzyło - z korzyścią dla twórców i publiczności.
Ambicje Dyrekcji i codzienne cuda organizacyjne
Jak co roku, Dyrekcja pracowała z tzw. Wielką Listą Rzeczy Pięknych. Udało się przywieźć tych artystów, którzy mogli i chcieli wystąpić właśnie teraz, właśnie w Gliwicach. Organizacyjnie to nie lada wyzwanie: nakarmić, napoić, zapewnić nocleg, przygotować przestrzeń i stworzyć warunki, w których artyści będą mogli zagrać najlepiej, jak potrafią. Tym razem, jak zwykle, się udało. Choć, jak dodaje Chlipalski, wielu wymarzonych twórców musiało odmówić - bo w tym samym czasie grali swoje Piękno gdzie indziej. Może za rok?
Życzenie Dyrekcji: pokazać TAAAKIE rzeczy
Na zakończenie pada pytanie o życzenie. Chlipalski nie kryje, że największym marzeniem organizatorów byłoby planowanie z większym wyprzedzeniem niż tylko rok do przodu. Gdyby istniała taka możliwość - Ulicznicy pokazaliby jeszcze więcej, jeszcze bardziej zaskakująco, jeszcze piękniej.
A dla publiczności? Proste i szczere życzenie: aby gdzieś tam, kiedyś tam, zamykając oczy, przypomnieli sobie jakiś moment z tej edycji festiwalu. Taki, który wywoła uśmiech. Bo to właśnie dla tych chwil powstaje to całe szaleństwo.
Dyrekcja kłania się nisko. Dziękuje.
Komentarze (0)
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.